Archiwum dla luty 2009
Z przymrużeniem. Oka, ucha…
Tak proszę potraktować ten wpis. Bo cóż, nie ma co owijać w bawełnę – jestem pod wpływem alkoholu. Pijana to za mocne słowo na moją nieznośnie mocną głowę [nie wiem skąd to mam], ale procenty działają.
Pokrótce więc. Osiem godzin w rodzinnym gronie i nie tyko rodzinnym, 50-lecie ślubu cioci i wujku obchodzone przepięknie, elegancko, wyszukanie i radośnie przede wszystkim. Dawno nie miałąm takiej dawki śmiechu, wesołości i rodzinności. Plus odwieloletni przyjaciele cioci i wujka zachwycający na czele z moim ulubionym panem Antosiem, który 1. wygląda jak mój ukochany Miłosz, 2. pięknie się śmieje, 3. całuje kobiety w rękę, 4. “nie wypada takich młodych dziewczyn całować ale nie mogę się powstrzymać, panienka piękna jak malina”. Jak tu nie mięknąć. I byli oficerowie marynarki, i mnogość zdjęć, i autentyczna radość bycia. Wspólnego. Cudowność.
A wcześniej był genialny spacer, tak naturalny że bardziej się nie dało, kolorów kontrast zachwycający, piasek, morze, niebo, gdzieniegdzie wyrzucone przez morze kawałki drewna, pusto pusto pusto i można iść iść iść. Tylko czas ograniczał, ale to nic, bo ‘lubię mówić z tobą’ i jest po prostu wspaniale. Móc mówić z Tobą. I być. W sposób ten. Najwłaściwszy. I wprost filmowe w tej pustce naszego zmagania się z uciekającym piaskiem pod stopami pojedyncze pojawianie się – to dwóch dziewczyn z aparatami, to pana z szalonym psem… Dobre dwie godziny to były. W swej zwyczajności owocne.
Tęskno mi do rolek. To już niedługo.
A teraz – spatulu. Rano trzeba wstać, liczyć na brak kaca, i wreszcie przygotować się do tego interview. Ewa, mobilizacja! W poniedziałek pakowanie, zakupy i ostatnie słowa po angielsku do siebie samej.
Szczęśliwie.