Nieprzytomność i zachwytomność
Padam na nos i wszystkie części ciała a za 7 godzin muszę być na uczelni, i to nie tylko ciałem, ale wręcz przede wszystkim duchem i intelektem, bo wykład z historii filozofii w Auditorium Maximum to nie lada wyzwanie. Chyba moje ulubione w tygodniu. Choć po dwóch nocach spędzonych w pociągu może być ciężko. Kraków-Gdańsk w wersji pociąg pospieszny i przespanie stacji docelowej (naprawdę nie wiem jak to zrobiłam, ale ocknęłam się o 5:10 rano, podczas gdy Gdańsk planownay był na 4:18), wariacje i bieganie po dworcach nieokiełznanych, dom mój odurodzeniowy po dwóch tygodniach, kawa poranna z mamą, komunikacja miejska, lotnisko, lekarskie chwile i spotkanie z Honoratą a i krótkotrwale to nawet nie tylko. Babcia i czekolada pyszna. To wszystko tak intensywnie i jeszcze więcej, a już wieczorem znów w pociąg i kierunek Kraków. Pociąg z przebojami ale ja nie potrafię inaczej, dobrze, że tym razem jechałam z kimś z kim zawsze najbezpieczniej i najpewniej. Że bardziej już nie można. Nogi dyndające z poziomu kuszetkowego urocze były ale że chrapanie pani leżącej niżej wprowadzało pewne zakłócenia, wyprawa do Warsu nastąpiła. Herbata jedna i druga i bigos i paluszki i czego tam nie było. Ot, cały Wars. Łącznie z panami z butelką procentowo-wyskokową ale dzielnie kontynuowaliśmy konwersację do godzin późnych. Ale i tak gdy wróciliśmy do przedziału, chrapanie pani nie ustąpiło. W sumie niezły akompaniament. I tak noc całą. I inne atrakcje też były, ale to zachowam dla siebie:)
A potem chłodny poranek już krakowski, kawa, prysznic i sprint komputerowy, i cudem, ale zdążyłam na zajęcia. Pierwsze. Drugie też. Choć już kryzysowo śpiąco i głodnie. Okienko kuszące lecz nieźle wykorzystane. I nawet poszłam na kolejny wykład, choć wiele zmagań w sobie mnie decyzja ta kosztowała. A potem kawa, wprowadzenie do filozofii i rozliczenie z własnym sumieniem. A wreszcie – najlepszy wieczór. Poczynając od aspektu garderobianego (mogłabym pracować na męskim dziale i układać koszule:P) w hucznej głośnej tłocznej i co nie tylko Galerii Krakowskiej, poprzez kulinarny (mmm ‘Pod Amorem’ i pizza i dziś mówię diecie nie:P) aż po nieprzytomny kuchenny herbaciany. Ale to tylko szkielet bo atmosferę tworzy co innego. Przede wszystkim. W takiej krótkości czasu tyle chwil razem i tak różnych, i dosłownie musiałam napatrzeć się na zapas, na miesiąc dokładnie… i móc wreszcie powiedzieć wszystko, tak swobodnie i prawdziwie. I posłuchać też. To cieszy mnie chyba najbardziej, że to działa w dwie strony, a ja po prostu kocham słuchać. Tej osoby słów.
Książek ogrom. Patrzy na mnie i już nie ma co się oszukiwać. Czas do pracy. Naukowej intensywnej. Choć jutro impreza, o czym dowiedziałam się przed chwilą. Hm. Ale zaległości być nie może, a ja mam ochotę napisać esej. [dewiacja po IB]. Czas na sen, jutro zryw poranny, historia filozofii i pewna wazna sprawa do załatwienia, jedna z ważniejszych w sumie. A potem biurkokratyczne zabawy. Aż chyba wyciągnę kartkę i dokonam listy zadań i misji specjalnych najutrzejszych. Snu!